W tym tygodniu Ukraińcy mieli powód do głośnego świętowania. Cóż, stosunkowo głośno wojna nadal trwa. Jednak po raz pierwszy w prawie stuletniej historii najbardziej prestiżowej nagrody filmowej świata, Oscara, ukraiński film wygrał. Nieważne, że jest to film dokumentalny. A może nawet lepiej, czyli dokumentalny, bo film „20 dni w Mariupolu” to nie fikcja, to udokumentowana sekwencja wideo zbrodni rosyjskich okupantów i odwagi ukraińskich obrońców. A odkąd film stał się filmem oscarowym, szanse na to, że obejrzy go szeroka publiczność, a co najważniejsze – opiniotwórczy przedstawiciele elity państw zachodnich – gwałtownie wzrosły. Oznacza to, że jest szansa, że film ponownie podniesie newsy o wojnie w Ukrainie w rankingu, i to w korzystnym dla nas świetle. W przeciwnym razie ten niesprawiedliwy świat jest już zmęczony naszą wojną, a wiadomości o niej przeniosły się z pierwszych stron na trzecią lub czwartą, a nawet nie drugą.
W tym kontekście mimowolnie przychodzi na myśl incydent z innym wydarzeniem poświęconym Mariupolowi. Zachód, który miał narzucić widzom rosyjski pogląd na wydarzenia sprzed dwóch lat. Jego publiczne posiadanie zostało ledwo zażegnane we włoskim mieście Modena. Pamiętacie tę skandaliczną historię, która rozwinęła się pod koniec zeszłego roku, na początku tego roku, kiedy biuro mera włoskiego miasta zezwoliło na zorganizowanie kompleksowej imprezy pod nazwą „Mariupol. Odrodzenie po wojnie”, która opowiadałaby o „rozkwicie” miasta pod okupacją rosyjską?
W krajach Unii Europejskiej, w tym we Włoszech, Rosji, a właściwie jej służbach specjalnych, powstało grono organizacji, które promowały interesy Kremla pod pozorem międzyetnicznej współpracy kulturalnej. Jedno z nich, Stowarzyszenie Kulturalne Rosja Emilia-Romania, zorganizowało tę wystawę. Bardzo znamienne jest ogłoszenie na Facebooku z zaproszeniem na wydarzenie, napisane w języku rosyjskim i włoskim. Zacytujmy z niego jedno zdanie, wystarczy zrozumieć cel organizatorów: „Mariupol. Miasto-symbol ludowego powstania w Donbasie przeciwko kijowskiej juncie, miasto-męczennik gangsterskiej okupacji, która trwała osiem lat, dziś przechodzi szybki proces odbudowy pod auspicjami instytucji Federacji Rosyjskiej i stał się jego integralną częścią.
Cóż, z agentami wpływu Kremla wszystko jest jasne, trudno oczekiwać od nich niczego innego, bo oni, jak mówią, głupio wykonują swoją brudną robotę. A co pomyślały lokalne władze, gdy pozwoliły podżegaczom wojennym na zorganizowanie w ich mieście imprezy mającej na celu usprawiedliwienie brutalnej agresji, masowego mordu ludności cywilnej i zniszczenia kwitnącego miasta na wybrzeżu Morza Azowskiego? Co pomyślał sobie burmistrz Modeny, przedstawiciel centrolewicowej Demokratycznej Partii Włoch, Gian-Carlo Mutzarelli?
Załóżmy, że na początku po prostu popełnił błąd, przegapił prowokację Kremla podczas ciężkiej, rutynowej pracy. Ale potem, przez prawie miesiąc, był atakowany przez przedstawicieli tamtejszej diaspory ukraińskiej, ukraińskich ambasadorów i czysto włoskie organizacje społeczne, a w końcu przez członków własnej partii. Należy od razu zauważyć, że Partia Demokratyczna jest całkiem przyzwoitą siłą polityczną. Na przykład Liga czy Ruch Pięciu Gwiazd nie tylko przyjaźniły się z Putinem, ale wręcz chwaliły się tą przyjaźnią i próbowały ją wykorzystać we włoskim procesie wyborczym. Oczywiście, teraz nawet oni próbują zmyć się z tej brudnej przeszłości. Ale Demokraci, na szczęście, nigdy nie skompromitowali się powiązaniami z Kremlem. Włoska posłanka Partii Demokratycznej Lia Quartapelle, w kontekście przygotowań do skandalicznej wystawy w Modenie, napisała gniewnego tweeta, w którym ostrzegła przed „ofensywą kulturalną ze strony proputinowskich stowarzyszeń”. „Włochy są po stronie wolności Ukrainy” – zapewniła.
Dlaczego więc czcigodny señor Gian-Carlo Mutzarelli przez kilka tygodni opierał się głosowi zdrowego rozsądku i nie odważył się odwołać planowanego wydarzenia? Przypuszczam, że powodem tego może być zbyt szeroko rozumiana polityka anulowania kultury, którą Ukraińcy zaczęli prowadzić wobec Rosjan od czasu inwazji na dużą skalę. Chciałbym od razu zaznaczyć: jestem za anulowaniem proputinowskich Rosjan. Co więcej, uważam to za rzecz pożyteczną i potrzebną. Ale ja jestem tylko za mądrym, selektywnym anulowaniem i bynajmniej nie bezkrytycznym.
Czy rosyjska diwa operowa Anna Netrebko zasłużyła na karę? Oczywiście, przynajmniej na tournée po okupowanych terytoriach Donbasu. Dyrygent Walerij Georgiew, który wspiera podżegaczy wojennych w rosyjskim rządzie, również zasługuje na odwołanie. Odwołanie trasy koncertowej po Teatrze Lenkom w Izraelu było jak najbardziej słuszne, ponieważ na znak poparcia dla wojny przykleił na swojej fasadzie grubą literę Z.
Ale są też inni rosyjscy artyści i osoby publiczne, które wyraźnie wypowiadają się przeciwko Putinowi i jego wojnie napastniczej. Co więcej, organizują nawet antykremlowskie wiece za granicą, zbierając pieniądze na pomoc humanitarna dla Ukrainy i ukraińskich uchodźców. Wielu z nich nie uniknęło jednak „świętego” ukraińskiego odwołania.
Pamiętajmy przynajmniej, jak zagorzali ukraińscy patrioci zaatakowali pisarza Michaiła Szyszkina, a w tym samym czasie dostał go Jurij Andruchowycz, który pozwolił sobie zgodzić się na wspólny występ z nim. Tak, Szyszkina można formalnie nazwać „Rosjaninem”, ale od dawna mieszka w Szwajcarii. A co najważniejsze, jest aktywnym krytykiem reżimu Putina. Wystarczy wspomnieć o inicjatywie Szyszkina dotyczącej pozbawienia Rosji prawa do organizacji Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej w 2018 roku. Nie uchroniło go to jednak przed „słusznym gniewem” Ukraińców.
Przypomnijmy sobie ukraińskie ataki na urodzoną w Rosji dziennikarkę, pisarkę i aktywistkę LGBT Mashę Gessen. Chociaż nawet nazwanie jej Rosjanką byłoby naciągane. W końcu urodziła się w żydowskiej rodzinie i od dziesięciu lat nie mieszka w Rosji. Ale najważniejsze nie jest to, ale fakt, że Masza Gessen jest aktywnym krytykiem reżimu na Kremlu i osobiście Władimira Putina. Jej bestsellerowe książki „Człowiek bez twarzy: Niesamowity wzrost Władimira Putina”, „Słowa łamią cement: namiętności Pussy Riot”, „Przyszłość jest historią: jak totalitaryzm odzyskał Rosję” i tak dalej. Co więcej, wszystkie z nich są oryginalnie napisane w języku angielskim.
Ukraińscy użytkownicy mediów społecznościowych obrzucają błotem rosyjskiego opozycyjnego pisarza Borysa Akunina (Grigorij Czchartyszwili) tylko za to, że jest Rosjaninem. Chociaż, znowu: bardzo względny Rosjanin, który również od dłuższego czasu mieszka na wygnaniu. A za granicą, ze swoimi książkami i artykułami, toczy twardą walkę z Putinem i jego kumplami. Ponadto organizuje zbiórki pieniędzy dla uchodźców z Ukrainy.
Owszem, można wysunąć wiele zarzutów przeciwko tym osobom i innym rosyjskim emigrantom politycznym, jeśli chcecie. Nie pozdrawiają „Chwała Ukrainie”, nie wpłacają datków na ukraińską armię (choć niektórzy to robią), nie chcą, by Rosja upadła, a nawet (o zgrozo) nie planują zrezygnować ze swojego rosyjskiego dziedzictwa kulturowego. Ale czy trzeba ich do tego wszystkiego zmuszać? Czy nie wystarczy, że przynajmniej na razie stali się naszymi okazjonalnymi sprzymierzeńcami, wrogami naszych wrogów? Osobiście mi to wystarcza.
Odwoływanie często leży pod ciężarem bezwzględnych ukraińskich Ukraińców. I takie, z których jeszcze do niedawna byliśmy dumni i podziwiani. Wspomniałem już o Andruchowyczu. Przypomnijmy też skandal z dyrygentką Oksaną Lyniv, kiedy to ukraińscy szowinistyczni patrioci zorganizowali petycję o pozbawienie jej tytułu Honorowego Ambasadora Lwowa z powodu współpracy z rosyjskimi wykonawcami i wykonywania utworów rosyjskich autorów. Oksana Lyniv, którą jeszcze do niedawna byliśmy gotowi nosić w ramionach za jej sukcesy na scenach world music, nagle stała się zdrajczynią, ponieważ zaprosiła do współpracy rosyjskich artystów. Ale jakich? Tylko ci, którzy potępili zbrodniczą wojnę Putina.
A pani Łyniw nie usunęła ze swojego programu dzieł Piotra Czajkowskiego. Czy to przestępstwo? Dla szowinistycznych patriotów – tak, dla całego świata – wcale. Zgadzam się z tymi, którzy twierdzą, że główny uniwersytet muzyczny Ukrainy nie powinien nosić imienia Czajkowskiego. Dzięki Bogu mamy wystarczająco dużo naszych światowej sławy kompozytorów. Ale zakaz wykonywania jego utworów to zdecydowanie za dużo. Dla świata zachodniego melodia z baletu „Dziadek do orzechów” stała się integralnym elementem muzycznym świąt Bożego Narodzenia. Mniej więcej jak „Szczedryk” Mykoły Leontowycza. A gdy trzeba jednym zdaniem podpomknąć balet, to z pewnością będzie to motyw z Jeziora łabędziego, a cały świat zrozumie tę podpowiedź.
Ale to, czego nikt w cywilizowanym świecie nie zrozumie, to nasz uparty zamiar walki z nim. W najlepszym razie będą to odbierać jako traumę psychiczną spowodowaną wojną. W najgorszym razie są to ukryte przejawy nazizmu, ponieważ rosyjska propaganda próbuje wbić się całemu światu.
Biorąc pod uwagę powyższe, uważam za absolutnie niewłaściwe, a nawet szkodliwe, że pierwsza dama Ukrainy Ołena Zełenska odrzuciła zaproszenie do udziału w przemówieniu prezydenta Joe Bidena w Kongresie, ponieważ musiałaby usiąść obok wdowy po Nawalnym. Pozwólcie, że wyjaśnię moje stanowisko. Po pierwsze, w tych dniach na Kapitolu rozstrzygana jest niezwykle ważna dla Ukrainy kwestia, a właściwie egzystencjalna dla Ukrainy: czy otrzymamy duży pakiet amerykańskiej pomocy, czy też nie. Stany Zjednoczone są jedynym krajem, który jest w stanie zapewnić nam zwycięstwo. Dlatego nie jest to czas na udawanie obrażonego dziecka. Po drugie, Julia Nawalna właśnie straciła męża, więc czysto ludzki gest współczucia, który wyraziłaby pani Zełenska, byłby bardzo stosowny i zostałby niezwykle pozytywnie przyjęty na całym świecie. Po trzecie, zabójstwo Nawalnego w rosyjskiej kolonii karnej po raz kolejny zmobilizowało Zachód przeciwko Moskwie, która była już zrelaksowana i przygotowywała się do pojednania z Kremlem. I grzechem byłoby nie wykorzystać tego momentu, by pokazać, że my też jesteśmy skrajnie oburzeni tą zbrodnią, która oczywiście ciąży na sumieniu Putina.
Oprócz Niestety, zmarnowaliśmy szansę. I świat powie znowu: ci Ukraińcy mają jakąś nacjonalistyczną paranoję, skoro dystansują się nawet od tych Rosjan, którzy są krwawymi wrogami Putina.
A w kontekście śmierci Nawalnego wróćmy do tematu, od którego zaczął się ten artykuł – Oscarów. A nagroda Amerykańskiej Akademii Sztuki i Wiedzy Filmowej również nie obyła się bez skandalu o ukraińskim posmaku. Ze skróconej międzynarodowej telewizyjnej wersji ceremonii wręczenia Oscarów 2024 wycięto moment wręczenia nagród twórcom filmu „20 dni w Mariupolu”. Dlatego bardzo obraźliwe jest to, że widzowie tej wersji telewizyjnej nie usłyszą naprawdę przenikliwej i mocnej przemowy reżysera filmu Mścisława Czernowa. W szczególności te słowa:
„To dla mnie wielki zaszczyt stanąć na tak wspaniałej scenie. Jestem chyba pierwszą osobą, której spodobałby się ten nagradzany film, którego nigdy nie musiałem robić. I żeby Rosja nigdy nie zaatakowała Ukrainy i nie okupowała naszych miast. Oddałbym to wszystko, aby Rosja nie zabiła dziesiątek tysięcy moich współobywateli. Oddałbym to wszystko, aby uwolnić wszystkich jeńców wojennych, wszystkich bojowników, którzy bronili swojej ziemi, wszystkich cywilów, którzy są teraz torturowani przez Rosję. Ale nie mogę zmienić historii, przeszłości”.
To naprawdę bardzo obraźliwe. Zwłaszcza, że nie zapomnieliśmy o ubiegłorocznym zdobywcy Oscara w kategorii Dokument. Wygrał wtedy film „Nawalny”. I z jakiegoś powodu wzmianka o tym nie została wycięta ze skróconej międzynarodowej wersji telewizyjnej.
Ale gdy tylko zniewaga minie, warto się zastanowić: dlaczego „Nawalny” nie został wycięty w zeszłym roku? Być może dlatego, że mimo wszystkich naszych starań promocyjnych temat Rosji niestety wciąż rezonuje na świecie bardziej niż w Ukrainie. Musimy wreszcie pozbyć się złudzeń, że z powodu wojny świat zaczął się wokół nas kręcić, a Rosja zaczęła być postrzegana jako niezaprzeczalne zło. Dlatego odrzucanie dodatkowych sojuszników jest niezwykle szkodliwe. Nawet te sytuacyjne. Nawet jeśli są Rosjanami. Jeśli pokonamy reżim Putina, zaczniemy rozumieć, gdzie kończy się rosyjski liberał, a zaczyna „krymska kanapka”.






